lewiatan
tak więc pochłonął mnie Wielki Lewiatan Życia. zbudziłam się tak późno. kołacę w rozpaczy o łuki żeber wraz z innymi rozbitkami. niektórzy nadal śnią sen życia. błąkanie, potykanie po omacku, nasze konwulsje bierzemy za życie. pobłyski światła poprzez fiszbiny paszczy - za słońce. towarzyszy mi rozpacz i poczucie przegranej. wszystko to marność i jarmarczny wybryk kuglarza.
——————————————————————————————-
śni się prom. bez zapowiedzi przyjeżdża do mego domu. rozkłada szczotki książki oraz pyta o doktorat. kręcę i wreszcie mówię, że nie. niezadowolony, pełen rezerwy, urażony. potem pojechałam do niego: przemiły, przeuroczy, miękki, ciepły, swojski. pokazuje swoje skarby: autografy, cenne wydania itp., pamiątki, misia z dzieciństwa. tulę misia. miś oldskulowy: mechaty, złachmaniony, płowy. podobny do mojego pierwszego michulca. ma suwak. zdejmuję futro, potem jakiś barchan i pokazuje się korpus pokryty skajem. herbata w ogrodzie - elizjum po prostu.
te ciepłe noce
Renaud Capuçon - skrzypce
Andrzej Bauer - wiolonczela
Paul Gulda - fortepian
Fryderyk Chopin: Introdukcja i Polonez C-dur op. 3 na fortepian i wiolonczelę
Robert Schumann: Fantasiestücke na skrzypce, wiolonczelę i fortepian op. 88
Chopin… jak sam pisał w liście do kogoś, skomponował poloneza, jako prezencik dla Czartoryskiego, u którego gościł dni kilka. By Czartoryszczanka miała czym się popisać i tatuś wiolonczelista w duecie mógł grać. Nie znał możliwości wiolonczeli, więc partia instrumentu bardzo ostrożna i niewirtuozerska. No nudy no.
Ale Schuman – panie – Schuman. Solidna, urodziwa, smaczna porcja kameralistyki. Nadto – można powiedzieć – wydarzenie organoleptyczne. I nie mam tu na myśli bodźców węchowych wionących od afektowanej sąsiadki z prawej – fuzja uszlachetnionego mydła lanolinowego dla dzieci z ogórkami w typie dramatycznego Sunflower, leczzzzz…
Wiolonczelista – Pan Behawior, sapał i porykiwał oraz trząsł policzkami, jak posokowiec. To drobiazg drobiazg. Gdyż skrzypek…. wyglądał jak stonoga. Już to prostował lewą i podkurczał prawą, za chwilę zmiana: prostował prawą lewą prawą lewą prawą… suwał zelówkami po posadzce, krzyżował nogi i podnosił obie do poziomu, a pantofle miał spiczaste i błyszczące, jak kopyta szatana. I tak też grał. Bardzo bardzo udany wieczór.;br>
jak śni się Quentin Tarantino i moczu oddawanie
to o tym gdzie indziej.
tu natomiast, że te wielkie utytułowane minoderyjne gwiazdy, primadonny, primaboje itd… do weryfikacji - panie - do weryfikacji. co prawda rzeczywistość polityczna nadaje słowu “weryfikacja” zawężone i złowrogie znaczenie, lejmy na to - panowie i panie - lejmy na to. otóż uraczył mnie Garrick Ohlsson grą perfekcyjną, wirtuozerską i pozerską. portki miał z wielkim workiem (po co? na co?), jakby założył tył na przód i to z hipopotama. anyway, naturalnie, że należy mu się szacunek i respekt, jednak… spierniczałe to chyba trochę. jakby to powiedzieć ładnie?
może posiłkując się anegdotą. na warszawskiej socjologii, na pierwszym roku mieliśmy żeśmy zajęcia z klasycznych teorii socjologicznych (kts) z Jego-Zakurzonością-Profesorem-Szackim. naturalnie - jak pokazało życie - prof. Szacki, mimo strupieszałości żegnać się z intelektem nie ma zamiaru, ani w ogóle z władzami umysłowymi, gdyż co jakiś czas wypuszcza z siebie nową publikację. a może nie? nie sledzę Szackiego od jakiegoś czasu. jednakkkkkk!!!!! porzućmy dygresję dygresji i wróćmy do dygresji podstawowej. otóż Szacki na wykłady przynosił plik nad zwyczaj niechlujnych notatek - wydzieranek, zetlałych karteczek, manuskryptów rozsypujących się w proch, drakulskie dokumenty. wykład monotonny, nużący, usypiający. profesorski głos - j.w. na dodatek wyglądał zawsze - i tak o nim mówiliśmy… albo ja mówiłam - jakby był odstawiany po wykładzie do ciemnego składziku na szczotki i zamykany na tydzień. przed wykładem otwierał go jeden z doktorantów, szpryca z heparyny, wykład, składzik.
tak więc kojarzą mi się niektóre utytułowane sławy - aktualnie: Garrick Ohlsson. jako perfekcyjne - bądź, co bądź - nośniki treści. jednak zakurzone i mocno nieświeże - łosoś drugiej świeżości. nie żebym Blechacza, no skądże. tylko Chopina miał opracowanego na tip top. i to koncert, bo - pamiętam dobrze - w pierwszym etapie etiudowo-barkarolowo-walcowo-scherzowym - nie podobał mi się wcale a wcale. raczej bym Anderszewskiego, który - chapeau bas - muzykę w przypisanych jej wartościach czasowych rozkłada na cząstki elementarne i pozwala odkryć w niej, co dotąd zakryte.
no i cały czas trudno mi napisać o wirtuozerii Sinfonii Varsovi pod kierownictwem Jerzego Maksymiuka. grając repertuar klasyczny jest wspaniałą orkiestrą, ale mistrzostwo pokazuje w repertuarze współczesnym. bo to przecież już taki rodzaj muzyki, w której nie da się omamić słuchacza melicznością. a wczoraj państwo muzykostwo popisali się Panufnikiem. to może skorzystam z autościągawki i autocytat z listu do Kocziczy…
wczoraj - filharmonia. co tam panie ten utytułowany, osławiony Garrick Ohlsson, furda, furda. Sinfonia Varsovia za to pod batutą Jerzego Maksymiuka - to jest dopiero coś panie, to dopiero coś jest! jak już skończyły się bisy Ohlssona przed przerwą, w tym ostatni tak strasznie obezwładniający sennie - “Światło księżyca”, zdaje się, Debussy’ego, przedrzemałam przerwy pół, bo drugie pół pożerałam komentarz Panufnika do własnej uwertury z programu. oczy mi się otwarły i pełna nadziei czekałam na drugą część. i to było - panie - to!!! Panufnik jest mistrz, Maksymiuk jest mistrz, Sinfonia Varsovia jest mistrz. ”Uwertura tragiczna” powstała w 1941 r. została unicestwiona w Warszawie. Panufnik zrekonstruował ją, jako pierwszy utwór po wojnie. zadedykował bratu, który zginął w Powstaniu. oparta na motywie 4 dźwięków, który podejmują solowe instrumenty, lub, kiedy solo wiedzie inną linię, motyw odtwarzany jest przez cichnące smyki, itd. majstersztykiem był także kolejny utwór “Nokturn na orkiestrę” - grany tak cicho, tak bardzo cicho, tak kojąco, jakbyś położyła się na trawie, owiewał Cię żeśki wiatr i oglądała konfiguracje chmur, albo jakbyś siedziała na półotwartej na ogród i deszcz werandzie. no mistrzostwo no.
dup dup
kontakty z ludźmi ograniczam, bo już samo patrzenie powoduje drgawki wykurwu: przecież oni oddychają!, a co za tym idzie, wydychają gorące, nieświerze powietrze [sprawdzić, jak się pisze "świerzy"... e querrva mache, pisze się "świeży"], nieświeże, nieświeże powietrze wydalają i na dodatek ogrzane, znaczy: szkodzą mojej! moja doznaje uszczerbku. moja uważa, że gdyby ograniczyć wydalających nieświeże, gorące powietrze, miasto łosroł byłoby piękniejsze. achhh - rozmarzyła się moja - gdyby wszystkich tych wydalających nieświeże, gorące powietrze zapakować w brykiety razem z ich psami, rybkami i dziećmi oraz kanarkami, i gdyby ich podrzucić na piękną, przestronną Syberię…. achhh achhh…
Karol natomiast śni o g-p-f. echhh te noce te noce…
parole parole parole
po., 10 li.
kot włazi pod kanapę w slipingu, wybebeszanie przedziału
klucznica o 6-tej otwiera drzwi w frotowym szlafroku
pachnie kurzem i upalnym zaduchem
wieczorem z bulwaru wygania szerszeń
Gemini, deser powitalny: mrożona kawa, pascha
wto., 11 li.
Star Princess w porcie
śro., 12 li. - czwa. 13. li.
chłodniki
czerwone i różowe prześcieradło z kory
plaża
sinice
pią., 14 li. - nie. 16 li.
3-4 Beauforta
parawan niebieski w boje i latarnie morskie
obiad Dobry Adres, restorante w typie krakowskiej Europejskiej, czy warszawskiego Bliklego - fin de cieclowy. tu, lokalnie, z elementami podróżniczymi: kask kolonialny korkowy, bumerang, mapy, stare fotografie Gdyni z lat 20-30-tych, fotografie gwiazd polskiego kina: Smosarską, Bodo, Dymszą, Ćwiklińską, Żabczyńskim…
Kamienna Góra, koncert, Marny Sopran śpiewa szlagiery operetkowe. ubrany w czerwoną suknię w białe grochy
Gemini, popcorn
martwe rybki wyrzucone na plażę
po 22-giej bulwar, woda w porcie czarna i połyskuje, jak olej (Brian Eno, Dark water). strach strach. by pływać nocą trzeba mieć waleczne serce, albo beczkę grogu.
po., 17 li. - śro., 19 li.
Spot oretyjakietutłumy!!!!!
Gemini, deser pożegnalny
Świętojańska nocą
Minerwa 2 w porcie
expose Jarosława o 11:35 - czas na plażę!
scysja z Pulardą Kaszubską o dzikiego Damiena z Omena gibającego się na drążku nad głową
17-ta wyjazd
tylko dla orłów
- 21, pią., 01:10, tivi kultura - Niepokoje wychowanka Toerlessa
- 22, so., 20:45, alekino - Gandhi
- 23, nie., 14:10, alekino - Seks nocy letniej !!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Woody Aaaa….
- 25, wto., 22:50, tivi2 - Purpurowa róża z Kairu!!!!!!!!!!!!! j.w.
- 27, czwa., 22:10, tivi kultura - Walkabout
na sisajdzie
Wiatr pow. 4 B[eauforta] wydmuchał na plażę małe rybki. Karol mówi: szprotki. Bo ja wiem? Jakoś tak 7 cm, srebrne. Leżały tak zdechłe rybki między kłębami glonów-jak-pakuły i trąciły. Brzyda było się wśród tego kłaść trochę, ale - jak mawiał pan… jak to jemu było? temu z Mieszczanina szlachcicem? Pan Jourdain!!!! Parafrazując: nie brzydala nie brzydaaaalaaa!!!
I o rybach jeszcze. Że w poniemieckiej torpedowni mieszkają zające morskie (!!!).
Cyclopterus lumpus, in.: tasza. ryba, przedstawiciel rodziny taszowatych (Cyclopteridae), z rzędu skorpenokształtnych (Scorpaeniformes); ciało krępe, silnie wygrzbiecone, dł. do 60 cm (w M. Bałtyckim, formy skarlałe, do 30 cm); skóra naga, ubarwiona szaro, spodem jaśniejsza; ikrą i potomstwem (początkowo przyssanym do ciała ojca) opiekuje się samiec; zamieszkuje strefę przybrzeżną O. Atlantyckiego i przyległych mórz. Za: http://encyklopedia.pwn.pl/74148_1.html
Alleny z Kocziczy zrzucone [kej Koczicza?, kej?]
1, 2/ Bananowy czubek, Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o sexie ale boicie się zapytać. Bananowy ledwie pamiętam, ale to - podobno - klasyk. A o Wszystko… mówiłam wczoraj: zespół skeczy. Mój ukochany jest z błaznem i z transwersem, ale obsesje seksualne rabina też są palce lizać; wielki, skaczący cyc kojarzy mi się z opowiadaniem Pierś Philipa Rotha (czitaua Kompleks Portnoya Rotha? <== czarny mit mojego nastolatkostwa!); sex-machine też jest słit słit.
3/ Śpioch - Allen parodiuje sci-fi.
4, 5/ Annie Hall + Manhattan - allenowska superliga.
6/ Sex nocy letniej - Allen czechowowsko uroczy i nostalgiczny. Pełnymi garściami rwie Czechowa (Wujaszek Wania). A sexu, mimo, że wisi w powietrzu, tyle co kot napłakał. Piękny piękny, nad wyraz urodziwy film! Dla mnie też superliga.
7/ Naturalnie Zelig!!!!! Superliga, ekstraklasa. Allen wielokrotnie przetwarza temat człowieka bez właściwości, everyona. Zelig jest jakby typem czystym (wśród jąkałów się jąkam, wśród wielbłądów garbię). W Match Poincie Zelig przetworzony jest w człowieka doskonale pozbawionego skrupułów, zasad. Jedyną zasadą jest kariera. Ale wszystko zaczyna się od Zeliga. Którego sama nie miałam okazji zobaczyć.
8/ Purpurowa róża z Kairu - kolejny pastiż, zabawa formą filmową. Allen cytuje i interpretuje kino nieme.
9/ Hannah i jej siostry. Trudno właściwie mówić, kiedy przy każdym tytule warto postawić wykrzykniki i te głupie superligi, ekstraklasy. Paradoksem jest, że tak wielka wrażliwość nie ma zastosowania w osobistym życiu. U Allena piętnowanie plugawego, dwulicowego życia w Hannie versus quasi-kazirodczy związek we własnej rodzinie… No cóż, o Allenie mogę powiedzieć: kochany potwór. Hannę oglądałam niedawno. Spiorunowała mnie, choć niby taka nostalgiczna, powolna, cicha opowieść bez fajerwerków, nożów w brzuchach itp.
10/ Czechowowski Wrzesień. Bardzo bardzo czechowowski.
11/ Przeurocze i nostalgiczne Złote czasy radia
12/ Nowojorskie opowieści - taki reżyserski składak, bo i Scorsese i Woody Allen i Coppola… Wybuchowa, przecudowna opowieść autotematyczna Allena o nowojorskim żydowskim lekarzu i jego zaborczej matce. Ach cudo cudo cudo. Płakałam ze śmiechu!!! U Allena, jak u Portnoya, stale obecny wątek opresyjnych, pętających, żydowskich rodziców! Tu matka, kiedy indziej ojciec… Kafko-portnoyo-allenowski kompleks.
13/ Cudowne “bergmanowskie” Zbrodnie i wykroczenia!!! z niewygodną już kochanką w tle. Później ten sam wątek w Match Poincie.
14/ Przeurocza kryminalna komedia Tajemnica morderstwa na Manhattanie z Diane Keaton (już po rozstaniu z Mią Farow). Ach, śliczne śliczne śliczne. Byłam w kropce, kiedy znikł korpus delicti.
15/ Jej wysokość Afrodyta!!!!!!! HU huuuuu.
16/ Everyone says I love you. Taaaaaa nooooo… Znów Allen bawi się gatunkiem filmowym: musicalem. I wcale nie ma słabych punktów!
17/ Deconstructing Harry - umierałam ze śmiechu, choć - kurde - dzieło arcypoważne i o kryzysie twórczym… Ale jest i żydowska matka, która odkrywa mroczną przeszłość żydowskiego ojca, który - dowiaduje się matka od sąsiadek, piekarza-czy-rzeźnika - miał we wczesnej młodości związek jakiś patologiczny i zabił swą żonę czy konkubinę, oraz jej dziecko i je zjadł… Jest wielka murzyńska prostytuta w skąpych różowych winylach (o ile pamiętam), która awansuje do roli towarzyszącej bohaterowi udającemu się na przyznanie jakiejś uniwersyteckiej nagrody, damy. Jest porwany syn, rozmowy o Wacławie, odwiedzany w piekle ojciec Billy Cristala… no jest i Billy Cristal, który uczestniczy w żydowskich komicznych z Allenem zapasach na hipochondrię, kryzysy twórcze i krysysy osobowości. Maestria!
18, 19/ Drobne cwaniaczki, Klątwa Skorpiona - kochane burleskowe komedie Allena. Ja szczególnie uwielbiam Klątwę. Ughhhh!!!!
20/ Przejmująca do szpiku kości Melinda i Melinda. Znów kolosalne kino Allena z serii Hannah, Annie Hall…
21/ Match Point, czyli szczególnie głupio spolszczone: Wszystko gra. Znaczy Bel Ami, karierowicz, dorobkiewicz, jak taran posuwający się do przodu, beznamiętnie miażdżący po drodze wszystkie przeszkody, człowiek bez zasad…
Comments(0)