roboczy
złuszczył mi się lakier na paznokciach. kłuje w oczy biel spod ciemnobordowej emalii. złota myśl: życie takie właśnie jest – nie dość, że pomalowane niestarannie, to odpryskują kawałki i zawsze blada dupa wylezie na wierzch, choćbyś nie wiem jak bardzo naciągał kołdrę. dziś będę lakierem tym, życiem tym pozłuszczanym epatować m.in. grupę gimnastyczną na rehabilitacji.
zamiast brać się z życiem za bary i dawać mu kopa w dupę, bredzę myślą po niewykorzystanych okazjach i planuję helołin. struganie dyni, irlandzką whisky, zestaw horrorów, pieczenie ciastek. zadowalam się erzatsami. za chwilę Katowice i wszystkie wytłumiane lęki, którym każę się zamknąć i iść precz. zamiast skupiać się na meritum, także i tu znajduję azyle: diamentowy ornament na spodku, włóczenie się preweciarskimi przedmieściami, czy zachwycanie nad tym, że inaczej, niż w Suczym Mieście, są tu co krok piekarnie, warzywniaki i drobne usługi. biedniutkie, ale jednak. epatuję się Jadwiżankami, ich charyzmatem, czyściutkim klasztorem i jabłonkami, które siostra ekonomka sadziła kilkadziesiąt lat temu, albo światłami z witraży w neogotyckim kościele. taki cwaniak, jak ja, potrafi wszędzie i zawsze oddalić od siebie ten bagaż i oddać się quasi-hedonistycznym rozrywkom. zamiast zajmować się bąblami w brzuchu jednego i drugiego przyjaciela. te bąble, ta przyszłość, ta odrzucana przyszłość, te niebezpieczeństwa, ta groza. przyszłość będzie w przyszłości – mówię, i jest to moje życiowe credo dekownika, cwaniaka, który podczepia się pod najbliższy wózek i toczy razem z nim.
oglądam film o siostrach Bronte z przecudowną Isabel Adjani (niech ktoś zastrzeli czas). nieustannie myślę – znów – o zaprzepaszczonych możliwościach.


