Archiwum kategorii ‘baket’
te ciepłe noce
Renaud Capuçon – skrzypce
Andrzej Bauer – wiolonczela
Paul Gulda – fortepian
Fryderyk Chopin: Introdukcja i Polonez C-dur op. 3 na fortepian i wiolonczelę
Robert Schumann: Fantasiestücke na skrzypce, wiolonczelę i fortepian op. 88
Chopin… jak sam pisał w liście do kogoś, skomponował poloneza, jako prezencik dla Czartoryskiego, u którego gościł dni kilka. By Czartoryszczanka miała czym się popisać i tatuś wiolonczelista w duecie mógł grać. Nie znał możliwości wiolonczeli, więc partia instrumentu bardzo ostrożna i niewirtuozerska. No nudy no.
Ale Schuman – panie – Schuman. Solidna, urodziwa, smaczna porcja kameralistyki. Nadto – można powiedzieć – wydarzenie organoleptyczne. I nie mam tu na myśli bodźców węchowych wionących od afektowanej sąsiadki z prawej – fuzja uszlachetnionego mydła lanolinowego dla dzieci z ogórkami w typie dramatycznego Sunflower, leczzzzz…
Wiolonczelista – Pan Behawior, sapał i porykiwał oraz trząsł policzkami, jak posokowiec. To drobiazg drobiazg. Gdyż skrzypek…. wyglądał jak stonoga. Już to prostował lewą i podkurczał prawą, za chwilę zmiana: prostował prawą lewą prawą lewą prawą… suwał zelówkami po posadzce, krzyżował nogi i podnosił obie do poziomu, a pantofle miał spiczaste i błyszczące, jak kopyta szatana. I tak też grał. Bardzo bardzo udany wieczór.;br>
jak śni się Quentin Tarantino i moczu oddawanie
to o tym gdzie indziej.
tu natomiast, że te wielkie utytułowane minoderyjne gwiazdy, primadonny, primaboje itd… do weryfikacji – panie – do weryfikacji. co prawda rzeczywistość polityczna nadaje słowu “weryfikacja” zawężone i złowrogie znaczenie, lejmy na to – panowie i panie – lejmy na to. otóż uraczył mnie Garrick Ohlsson grą perfekcyjną, wirtuozerską i pozerską. portki miał z wielkim workiem (po co? na co?), jakby założył tył na przód i to z hipopotama. anyway, naturalnie, że należy mu się szacunek i respekt, jednak… spierniczałe to chyba trochę. jakby to powiedzieć ładnie?
może posiłkując się anegdotą. na warszawskiej socjologii, na pierwszym roku mieliśmy żeśmy zajęcia z klasycznych teorii socjologicznych (kts) z Jego-Zakurzonością-Profesorem-Szackim. naturalnie – jak pokazało życie – prof. Szacki, mimo strupieszałości żegnać się z intelektem nie ma zamiaru, ani w ogóle z władzami umysłowymi, gdyż co jakiś czas wypuszcza z siebie nową publikację. a może nie? nie sledzę Szackiego od jakiegoś czasu. jednakkkkkk!!!!! porzućmy dygresję dygresji i wróćmy do dygresji podstawowej. otóż Szacki na wykłady przynosił plik nad zwyczaj niechlujnych notatek – wydzieranek, zetlałych karteczek, manuskryptów rozsypujących się w proch, drakulskie dokumenty. wykład monotonny, nużący, usypiający. profesorski głos – j.w. na dodatek wyglądał zawsze – i tak o nim mówiliśmy… albo ja mówiłam – jakby był odstawiany po wykładzie do ciemnego składziku na szczotki i zamykany na tydzień. przed wykładem otwierał go jeden z doktorantów, szpryca z heparyny, wykład, składzik.
tak więc kojarzą mi się niektóre utytułowane sławy – aktualnie: Garrick Ohlsson. jako perfekcyjne – bądź, co bądź – nośniki treści. jednak zakurzone i mocno nieświeże – łosoś drugiej świeżości. nie żebym Blechacza, no skądże. tylko Chopina miał opracowanego na tip top. i to koncert, bo - pamiętam dobrze – w pierwszym etapie etiudowo-barkarolowo-walcowo-scherzowym – nie podobał mi się wcale a wcale. raczej bym Anderszewskiego, który – chapeau bas – muzykę w przypisanych jej wartościach czasowych rozkłada na cząstki elementarne i pozwala odkryć w niej, co dotąd zakryte.
no i cały czas trudno mi napisać o wirtuozerii Sinfonii Varsovi pod kierownictwem Jerzego Maksymiuka. grając repertuar klasyczny jest wspaniałą orkiestrą, ale mistrzostwo pokazuje w repertuarze współczesnym. bo to przecież już taki rodzaj muzyki, w której nie da się omamić słuchacza melicznością. a wczoraj państwo muzykostwo popisali się Panufnikiem. to może skorzystam z autościągawki i autocytat z listu do Kocziczy…
wczoraj – filharmonia. co tam panie ten utytułowany, osławiony Garrick Ohlsson, furda, furda. Sinfonia Varsovia za to pod batutą Jerzego Maksymiuka – to jest dopiero coś panie, to dopiero coś jest! jak już skończyły się bisy Ohlssona przed przerwą, w tym ostatni tak strasznie obezwładniający sennie – “Światło księżyca”, zdaje się, Debussy’ego, przedrzemałam przerwy pół, bo drugie pół pożerałam komentarz Panufnika do własnej uwertury z programu. oczy mi się otwarły i pełna nadziei czekałam na drugą część. i to było – panie – to!!! Panufnik jest mistrz, Maksymiuk jest mistrz, Sinfonia Varsovia jest mistrz. ”Uwertura tragiczna” powstała w 1941 r. została unicestwiona w Warszawie. Panufnik zrekonstruował ją, jako pierwszy utwór po wojnie. zadedykował bratu, który zginął w Powstaniu. oparta na motywie 4 dźwięków, który podejmują solowe instrumenty, lub, kiedy solo wiedzie inną linię, motyw odtwarzany jest przez cichnące smyki, itd. majstersztykiem był także kolejny utwór “Nokturn na orkiestrę” – grany tak cicho, tak bardzo cicho, tak kojąco, jakbyś położyła się na trawie, owiewał Cię żeśki wiatr i oglądała konfiguracje chmur, albo jakbyś siedziała na półotwartej na ogród i deszcz werandzie. no mistrzostwo no.
Komentarze (22)
Komentarze (7)